May 17, 2013

WROCŁAW


Just let me excuse myself for the first photo - I'm not sure what I was trying to achieve by doing such a face, it looks as of I was catching flies with my mouth but I swear, I was not. Last week, as I told you in the previous post, I went to Wroclaw (Polish city situated more or less three hours from Krakow) with my friend Paula for a two-day trip. I've been to a couple of Polish cities in my life but pretty much all of it took place when I was really little. So yes, I have been to Wroclaw before. But all my memories from this city end up with a vision of a huge car parking and some cars. That's weird and not a lot, you have to admit. So going there a couple of years later, I was expecting to see a few things more.

Musicie wybaczyć mi pierwsze zdjęcie - nie wiem dokładnie, co chciałam przekazać robiąc taką minę, wygląda to raczej jakbym łapała muchy buzią, ale daję słowo - nie robiłam tego. Tak jak pisałam w poprzednim poście, tydzień temu wybrałam się z Paulą na dwa dni do Wrocławia. W swoim życiu zwiedziłam kilka polskich miast, ale w większości przypadków to zwiedzanie miało miejsce w wieku, kiedy nie dosięgałam głową krawędzi stołu. Odwiedziłam więc już kiedyś Wrocław, ale moim jedynym wspomnieniem z tego miejsca był jakiś podziemny ogromny parking i dużo samochodów. Jadąc tam po kilku latach, miałam więc cichą nadzieję, na zobaczenie kilku rzeczy więcej.



If you are, just like me, a decent Disney lover and you act out the wood scene from Sleeping Beauty when no one's watching, there is one place in Wroclaw that you are simply obligated to see. A place where nitrogen is not 78 percent of air, because love takes its place. It's The Bridge of Love aka Tumski Bridge, situated a couple of minutes from the Market Square. Love bridges are quite popular here, in Poland, I know we have one in Krakow too, but this one in Wroclaw it's like made of cupcake - sweet to the limit. And you know, since I love puppies and fairytales I was super excited to see it.
 
Jeśli zdarza Wam się oglądnąć kilka bajek Disneya albo odgrywać scenę leśną ze Śpiącej Królewny, kiedy nikt nie patrzy, to jest jedno miejsce we Wrocławiu, które jesteście zobligowani zobaczyć. Miejsce, które łamie powszechnie znajome prawa; miejsce, w którym 78 procent powietrza nie zajmuje wcale azot, a opary miłości.  To Most Tumski (inaczej, jakże wymyślnie - Most Zakochanych). W Polsce, z tego co wiem, mamy takich mostów kilka, jeden nawet w Krakowie, ale ten wrocławski wygląda trochę jak z lukru. To zdecydowanie świetne miejsce do zobaczenia dla zwolenniczek szczeniąt i bajek - ja byłam wprost zachwycona.


If I was to give you an advice concerning looking for accommodation, I would give you one tip and one tip only - always check whether there's no huge club in the same building that you're staying in. I seriously was so proud of myself when I found a nice place to stay in Wroclaw in the Internet - the price was good, the location even better, it looked very modern, clean and simple. When I arrived, I was very pleased to see that what I expected this place to be was true. And then the night came. I out my head on my pillow, I closed my eyes and after a few minutes I heard the melody that definitely was not a lullaby. I opened my eyes and yep, somebody decided to enlightened my room in all neon colours. So there I was, sitting on the bed after 1 am and admiring violet, pink and blue lights dancing on my walls. Yes, the club was right opposite to the place I stayed in. The best night of my life ever.
 
Wszystkim wiadomo, że podróże kształcą, a Wrocław nauczył mnie jednej podstawowej zasady - zawsze sprawdzaj, czy twoje miejsce zakwaterowania oprócz dogodnej lokalizacji względem centrum nie oferuje także dogodnej lokalizacji względem huczącego i świecącego na wszystkie strony klubu. Byłam z siebie bardzo dumna, że udało mi się znaleźć w Internecie miejsce do spania - czyste (tak przynajmniej wyglądało na zdjęciach), położone blisko Rynku i w przyzwoitej cenie. Dumna byłam jeszcze bardziej po przyjeździe, kiedy okazało się, że wszystko to sprawdziło się w rzeczywistości. I wtedy nadeszła noc. Położyłam głowę na poduszce, zamknęłam oczy, a kilka minut później do moich uszu doszła melodia, która zdecydowanie utworem relaksacyjnym nie była. Ktoś najwyraźniej postanowił rozświetlić mój pokój neonowymi strużkami światła. I tak sobie właśnie siedziałam w środku nocy i oglądałam nad wyraz aktywne róże, fiolety i niebieskości na ścianie. Klub okazał się być dokładnie naprzeciwko. Spokojną noc miałam więc zagwarantowaną.

 
A market hall is a very specific place in each city that should never be underestimated. Take market hall in Jerusalem, in Rome - in my opinion, a 15- minute trip there gives you more overall image of a city than one hour of studying a guide. I decided to take a quick look at apples, tomatoes and oranges in Wroclaw as well. But once we got there a lovely old man saw us carrying our one billion cameras and he immediately told us about a place where we could see the whole market hall. So when I got bored with looking at tomatoes I raised my head and saw the vault that was simply spectacular.
 
Hala targowa czy ogólnie targ to jedno z tych specyficznych miejsc w mieście, które nigdy nie powinno być traktowane z lekceważeniem. Weźmy na przykład targ w Jerozolimie czy w Rzymie - do dzisiaj pamiętam wszystkie zapachy (w Jerozolimie akurat te przyjemne mieszały się na zmianę z tymi mniej przyjemnym), atmosferę, odgłosy. I będę chyba zawsze stała twardo na stanowisku, że pół godzinna wycieczka na targ w danym mieście może powiedzieć o nim więcej niż godzinne wnikliwe studiowanie przewodnika. Również we Wrocławiu zdecydowałam popatrzyć sobie na jabłka, pomidory i tym podobne. To nie im jednak potem się przyglądałam, bo jakiś miły pan, widząc nas objuczone aparatami, od razu wskazał miejsce, w którym zobaczyć halę będzie można w całej okazałości. Jeśli kogoś warzywa nie interesują, to może podnieść głowę w górę. Sklepienie robi duże wrażenie.
 
 
 
Here are a few snapshots from the Botanical Garden and Japanese one. / Kilka ujęć z przepięknego Ogrodu Botanicznego i Ogrodu Japońskiego.
 
 
Since more than half a year I've been on a mission of getting rid of my awkard shyness in the most common and normal situations. I'm totally not afraid of most of the things other people are definitely afraid of. But tell me to ask in the shop for a blouse size and I'll panic. I'll be standing there in the middle of the shop for half an hour preparing in my head the exact sentence I'm going to say and waiting for the right moment to approach the shop assistant. So as you can imagine, I was expecting  buying a ticket in a tram in a different city to be quite a stressful experience. And it was because it turned out that when it comes to the way of paying, the machine in tram accepts only cards. Wroclaw, are you insane? What about little kids, what about elderly people, what about me, for God's sake. I know that technical development is needed but come on, 'cards only'?
 
Od ponad pół roku uczestniczę w jednoosobowej, wymyślonej przeze mnie misji pozbywania się mojej żenującej i zastanawiającej nieśmiałości w sytuacji najbardziej zwyczajnych i normalnych. Tak to już jest, że nie boję się kompletnie wielu rzeczy, które innym spędzają sen z powiek. Niech mnie jednak ktoś poprosi, żebym spytała w sklepie o rozmiar danego ubrania, a wpadnę w panikę. Będę tak stała przyczajona przy tym ubraniu, przez pół godziny układając dokładnie co powiem i czekając na odpowiedni moment na zaczepienie pani ekspedientki. Jak więc możecie się domyślić, przeczuwałam, że kupienie biletu na tramwaj w obcym automacie (!), w obcym mieście (!!) z obcym menu (!!!) będzie przeżyciem bardzo stresującym. I nie myliłam się, bo jak się okazało, wrocławskie automaty w tramwajach akceptują tylko karty płatnicze. A co z biednymi małymi dziećmi, co ze staruszkami? Co ze mną? Rozumiem, że rozwój techniki to wartościowa i ważna sprawa, ale o słabszych trzeba czasem pomyśleć.
 
 

If during your trip to Poland a young random guy stops you on the street to give you high five and when three seconds later another guy puts a gun to your forehead, which turns out to be fake and everybody thinks it's the funniest joke on this planet, you probably were given the one and only opportunity to experience students' festival Juwenalia. There are masses of students on the streets, they shout and sing and are definitely not sober. Not my favourite thing to watch, I have to admit. And what's funny, this festival is said to be The Festival of Students' Culture. That shows how many various interpretations of one word we can possess.
 
Wycieczka do Wrocławia stanęła w 100% pod znakiem kultury. I to jakiej. Juwenalia to dla mnie prawdziwa zagadka. Tłumy przebranych ludzi, wszyscy krzyczą i śpiewają. Żaden tramwaj do zatrzymania i żaden trunek do wypicia studentowi nie straszny. Raz na jakiś czas dobrze też nabrać kogoś naiwnego (czyli mnie) i przystawić znienacka pistolet do głowy. Ogólnie rzecz biorąc, jak to w piosence - wolność i swoboda. Juwenalia, inaczej Festiwal Kultury Studenckiej, uświadamiają mi jedną rzecz - jak piękna jest mnogość interpretacji jednego słowa.
 
 
Aula Leopoldina in the Museum of Wrocław University / Barokowa Aula Leopoldyńska w Muzeum Uniwersytetu Wrocławskiego

 
I wanted to post this photo diary much earlier but this week has been crazy so far and from Monday to Thursday every time I wanted to finish this post, my eyelids protested and closed themselves. So, I hope you enjoyed it and I wish you a lovely weekend! See you soon!
 
I to chyba na tyle. W planach miałam opublikowanie tego postu dużo wcześniej, ale od poniedziałku do czwartku, kiedy tylko chciałam zacząć coś pisać, moje powieki protestowały i ciągle spadały. Bardzo miło wspominam Wrocław i myślę, że to nie ostatnia wizyta w tym mieście, tym bardziej, że jedyną rzeczą, której nie udało mi się zobaczyć było zoo. A ja zoo nie mogę, ot tak, przegapić. Miłego weekendu!

(ph. Weronika Załazińska, Paula Pietruszka)

PS I'll be answering your comments from the last post in a few minutes xx / Zaraz zabieram się za odpowiadanie na Wasze komentarze pod ostatnim postem :)
 

May 12, 2013

EATING BANANAS



(ph. Paula Pietruszka/ wearing Olive Clothing skirt, House shirt, second-hand top, SIX bag and jewellery, h&m trainers)

I came back from Wroclaw two days ago and I have to tell you, everytime I'm back home from a journey, I realize how desperately I need to be on a constant "go". And it doesn't matter whether the place I'm going to is 3 hours by car from mine (just like Wroclaw is) or is four hours by plane away from my home. Journey is a journey and I kinda feel like a freaking diver whose oxygen tank is filled with travels (metaphore of the day, words of wisdom - mode on). Yesterday I told my Mum about the super cool vision of life that struck me when I was unpacking my stuff. Wouldn't be it the most amazing thing in the world to have your home as sort of a "base" and travel let's say, 5 days a week and then, come back for two days and after them, be on the go again? My Mum didn't aproove my idea but I'm telling you, this is how I want to live. And yes, it's barely possible that it happens but who knows, maybe one day I'll get married to a guy who would be a master of hunting for cheap tickets and we would go to Japan or Alaska in the middle of the week, we would eat bananas (they're cheap and tasty - I still haven't figured out from what we would have money, so that's my food choice), drink tap water only, take photos of everything, have a huge suitcase filled with cameras, lenses and computers, get to know the culture and enjoy our endless travels. And if I don't get married, it's not a big deal. I can still eat bananas and travel on my own. The only thing I would have a problem with is probably the suitcase - electronics weigh quite a lot.
W piątek wróciłam z Wrocławia i powiem Wam, że każdy powrót do domu uświadamia mi, jak desperacko potrzebuję być w ciągłym ruchu. I nieważne, czy miejsce, do którego się wybieram, jest oddalone trzy godziny samochodem od Krakowa czy cztery godziny samolotem - podróż to podróż. Wczoraj musiałam podzielić się z moją Mamą wielką wizją, która nawiedziła mnie podczas rozpakowywania torby. W tej wizji widzę swoje idealne życie. Pomyślcie tylko - podróżować po świecie, dajmy na to, pięć dni w tygodniu i wracać do swojego mieszkania - bazy na weekend, żeby zebrać siły na następny tydzień. Mama nie podzieliła mojego entuzjazmu i stwierdziła, że słabo jej się robi już w momencie, w którym o tym mówię. Być może ta wizja nie jest zbyt realna, ale z drugiej strony, kto wie? Może kiedyś wyjdę za mąż za kogoś, kto będzie mistrzem wyszukiwania tanich biletów lotniczych i będziemy latać na Alaskę albo do Japonii w środku tygodnia, jeść banany (są stosunkowo tanie, a na czymś trzeba by było zaoszczędzić - dalej nie wymyśliłam, skąd mielibyśmy pieniądze), pić wodę z kranu, dźwigać torbę wypełnioną aparatami, obiektywami i wszelką elektroniką, będziemy robić non stop zdjęcia, poznawać inne kultury i cieszyć się nieskończonymi podróżami? A jak nie wyjdę za mąż, to trudno. Jeść banany mogę sama, zwiedzać świat też. Jedynym problemem może być ta torba - elektronika sporo waży.


But for right now, I'm not in Alaska and I'm not drinking tap water, I'm in Krakow and it's time for me to come back on Earth. School year is slowly (extremely slowly) coming to the end and this means the most stressful period of the year. I hope I don't die whilst trying to do one billion things at the same time. Cross your fingers for me and I'll see you soon!
Teraz jednak nie jestem na Alasce i nie piję wody z kranu ani ze strumienia, jestem w Krakowie i czas najwyższy, żebym zeszła na ziemię. Rok szkolny powoli (a nawet bardzo) zbliża się ku końcowi, a to oznacza wkroczenie w najbardziej stresujący czas. I jak na złość właśnie teraz mam najwięcej materiału, który chcę Wam pokazać na blogu. Jeśli więc nagle zaginie o mnie słuch, to prawdopodobnie zginęłam podczas próby połączenia sześciuset rzeczy, o których nie mam za bardzo ochoty pisać w niedzielny poranek. Trzymajcie się ciepło i do zobaczenia!

May 2, 2013

VARSITY JACKET

(ph. My Sister and Mum/ wearing House jacket, second-hand top, Bershka trousers, Keds shoes via eButy.pl)
Today I think it's high time I got a gold medal or some kind of award. Why? Because as I've told you in a couple of posts ago my intuitions when it comes to weather, taking photos and choosing a day for a 'photo shoot' is working SO WELL. Yesterday my inner procrastinator was telling me to stay at home and scroll down tumblres but since I'm really fighting with him at the moment (I'll tell you about it some other day), I ran to my grandma's house because a) to get rid of my inner procrastinator I need to show him that I'm so energetic I can walk without making a break for 5 minutes straight, b) my new 'weather intuition' made me feel worried about the next day. Tada! I woke up today and it felt like waking up in a cave - it's Dark and it's raining so bad. And you know, I'm very happy about my intuition and I'm very glad that finally something is working properly in my body but I think I'd be more pleased if my intuition was wrong, at least concerning days such as...the second day of spring break.
Myślę, że dzisiaj nadszedł ten dzień, kiedy dostaję złoty medal albo jakąś inną nagrodę. Dlaczego? A dlatego, że moja pogodowa/blogowa/wybierzdzieńnazdjęcia intuicja, o której mówiłam Wam kilka postów wcześniej, działa niewiarygodnie wyśmienicie. Weźmy na przykład dzień wczorajszy. Moje silne pragnienie ociągania się i nic nie robienia chciało, żebym została w domu i oddała się bardzo produktywnemu zajęciu w postaci przeglądaniu zdjęć z tumblre'a (a one, jak wiecie, nigdy się nie kończą), ale jako, że ja z tym pragnieniem ostatnio usilnie walczę, pobiegłam (no może aż tak energicznie nie było) do domu mojej babci. Uznałam, że w ramach walki pokażę, że mam tyle siły do życia, żeby iść pięć minut bez zatrzymywania się. Poza tym, moja nowo nabyta intuicja włączyła się w pewnym momencie i sprawiła, że nie byłam już taka pewna co do pogody w dniu następnym. Tada! Obudziłam się dzisiaj rano i poczułam się jak w jaskini. Ciemno, deszcz, burza. W sumie bardzo się cieszę, że wreszcie coś we mnie prawidłowo funkcjonuje, ale chyba jednak wolałabym, żeby ta intuicja myliła się przynajmniej co do takich dni jak...drugi dzień majówki.


April 27, 2013

WORDS OF WISDOM


(ph.Paula Pietruszka / wearing Reserved blouse and necklace, Max Rave skirt, House bag, SIX bracelet)


To be honest, I've never ever considered a table in a cafe as something more than a table. Until yesterday, when  I realized that when you grab two girls, who are even worse, best friends, you place them at the opposite sides of the table and you give them at least an hour, you are gurunteed that the table will suddenly be full of hidden meanings, metaphores and symboles. It will represent a psychologist's office, a travel agent's one, a motivation coach's one, it will be counsellor's office, a dietetician and beautitian's room at the same time. If you're a girl (if you're not, I'm sorry) you probably know what I'm talking about. It always makes me laugh how suddenly during the meeting with out best friends we become experts in absolutely every part of life and we're ready to give advice about anything to our friend in need. And then, when the two sides of the table manage to solve their problems, it's always time for a  'Little Philosopher's Club'. Here's probably the deepest part of every meeting, it's so deep that you could surely dig and reach the oldest parts of Krakow's Market Square. The amount of words of wisdom is tremedous and you come up with conclusions that you would never ever come up on your own (well, sometimes it's a good thing and sometimes not really). One of the one zillion conclusions from yesterday's meeting with P. was to actually change our point of view and look at the city we live in from a 'tourist' perspective.


Szczerze mówiąc, nigdy nie sądziłam, że stolik w kawiarni może być czymś innym niż tylko stolikiem w kawiarni. Aż do wczoraj, gdy zorientowałam się, że w momencie, w którym weźmie się dwie dziewczyny, a co gorsze przyjaciółki, posadzi się je po przeciwnych stronach tego stolika i da się im przynajmniej godzinę, to można być pewnym, że przedmiot będzie symbolem wszystkiego tylko nie rzeczy, na której kładzie się filiżanki z kawą. Będzie reprezentował gabinet psychoterapeuty, personalnego trenera motywacji, doradcy zawodowego, będzie biurem podróży, gabinetem dietetyka i kosmetyczki w jednym. Za każdym razem rozśmiesza mnie, jak podczas spotkania z przyjaciółką, nagle każda z nas staje się ekspertem w absolutnie każdej dziedzinie życia i jest gotowa udzielić porady na każdy temat drugiej stronie w potrzebie. Następnie, kiedy dwie strony rozwiążą już trapiące je problemy, zawsze nadchodzi część pod tytułem "Klub Małego Filozofa". To moja ulubiona część, najgłębsza ze wszystkich. Jest tak głęboka, że gdyby wziąć łopatę, to spokojnie można by było się dokopać do najstarszych części Rynku w Krakowie. Złotymi myślami sypie się jak z rękawa i dochodzi się do takich wniosków, do których by się nigdy nie doszło samemu (przy tym akurat trudno stwierdzić, czy to na dobre każdej z nas wychodzi). Jednym z tych wniosków właśnie, do których doszłyśmy wczoraj z P. było spojrzenie na miejsce, w którym mieszkamy z nowej perspektywy, z perspektywy turysty.




I always wondered how on Earth can people in New York, Rome, Paris or Tokyo (or any city) be so indifferent when they pass all the marvellous buildings every single day. They live in such beautiful cities and they just don't appreciate it. I'd kill myself (well not really) to be in their shoes. But then I realized, I do exactly the same. Come on, I live in Krakow, one of the most beautiful places in Europe, with incredibile architecture and vibe, a city that is visited by thousands and thousands of people and I bet some of them think exactly the same thing as I do when it comes to people from Rome or Paris. For me, Krakow is so normal and average. And I just got used to things that take other people's breath away.  Take castel Wawel, for instance. One of the greatest things to see, huge castle situated in the strict center of Krakow, people come to visit it from all the parts of the world. And I pass it every single day on my way. So yesterday after our "Little Philosohper's Club" I decided to take a different approach on average things because if you do it, they are no longer average.

Zawsze z lekkim oburzeniem myślałam o mieszkańcach Nowego Jorku, Rzymu czy Paryża, którzy każdego dnia tak obojętnie mijają te wszystkie niesamowite budowle i ulice. Mieszkają w takich miastach i tego nie doceniają. Wczoraj jednak, uświadomiłam sobie, że ja robię dokładnie tak samo. Mieszkam przecież w Krakowie, w jednym z najpiękniejszych miast w Europie, słynnego ze swojej architektury i niepowtarzalnej atmosfery, mieszkam w mieście, do którego spływają setki tysięcy ludzi, żeby zobaczyć to, co ja uważam za zwyczajne. Wawel, dajmy na to. Jeden z najbardziej znanych zabytków w Polsce, wielki zamek w samym sercu miasta. Turyści nie mogą przestać się nim zachwycać. A ja mijam go codziennie w drodze do szkoły i jest dla mnie tak normalny jak pierwszy lepszy kiosk czy piekarnia (i w tym momencie gratuluję sobie porównywania piekarni do jednego z najważniejszych miejsc w naszym kraju). I właśnie wczoraj, po sesji "Klubu Małego Filozofa" dotarło do mnie, że warto spojrzeć na rzeczy zwyczajne z innej strony, bo wtedy zwyczajne już nie będą.


I guess if you live in a city and you're bored and want to travel, try sightseeing in your city first. It's ridiculous how differently you look at the same things if you just change your point of view.   Now that is finally warm outside (of course the topic of weather finally showed up!) it's so much easier to get yourself together and move. Since we our such a lovely community, I challenge you guys to get up from your chair (not now) and do an experiment for one day only. For one day only try looking at the place you live in from a different perspective and notice things you never notice on your regular basis. And let me know how it went. See you in the next post! :)

Jeśli mieszkacie w mieście i chcecie podróżować, spróbujcie najpierw zwiedzić swoje miejsce. Niesamowite, jak wiele tych samych rzeczy zaczyna się widzieć w innych barwach, jeśli tylko zmieni się punkt widzenia. Jako, że nareszcie na zewnątrz jest ciepło (i pojawił się temat pogody!), łatwiej jest wziąć się w garść i ruszyć z miejsca. I skoro jesteśmy wszyscy tak zgranym blogowym społeczeństwem, proponuję Wam wyzwanie. Wstańcie z krzesła (nie teraz) i na tylko na jeden dzień popatrzcie na miejsce, w którym mieszkacie z perspektywy turysty. Może zobaczycie pięć milionów rzeczy, których nie dostrzegaliście każdego innego dnia. Możecie też niczego nie dostrzec i okaże się, że Klub Małego Filozofa jednak nie funkcjonuje, jak należy. W każdym razie, dajcie mi znać. Miłego tygodnia! :)


April 11, 2013

MAKE UP, PINK MOUSE AND PUPPIES


I suppose you haven't guessed yet (looking at the pictures and the title) what this post is going to be about. Surprise, surprise - beauty products. Since lately I've been getting quite a lot of requests to show you my current makeup favourites and a few days ago I bought this cute mouse-alike makeup bag (honestly speaking, there are times when I just can't bear the cuteness of it anymore - I mean, carrying it in my bag it's like carrying a bunch of puppies with big brown loving eyes - the type of puppies you see on mugs or notebooks, sweet to an absolute death), I decided to write a little bit about things I use, things I like, things I can recommend without a doubt. I'm very lucky because I have a chance to use and try out many products but at the end of the day, when I empty all of the 'luxurious' stuff and have to buy something on my own, I always look for a cheaper alternative in a drugstore. I guess, before you spend a lot of money on a beauty product, it's good to check whether you can't have pretty much the same and pay ten times less. Of course, it's a personal preference. I, for instance, from time to time I take out my savings and when my birthday's coming (seriously, any excuse will go), I buy myself something like YSL lipstick. There's just a funny luxurious mist around it. It's called the magic of brand. No, it's actually called having your brain switched off for a moment. But that  is just the way it is.
 
Założę się, że po rzuceniu okiem na zdjęcia i przeczytaniu tytułu dzisiejszego postu, nie domyśliliście się jeszcze, o czym dzisiaj będę tutaj pisać. Uwaga, niespodzianka - będę pisać o kosmetykach. Zdecydowałam się coś skrobnąć na ten temat, bo praktycznie pod każdym postem pojawiały się o to prośby, plus kilka dni temu kupiłam kosmetyczkę w kształcie kropkowanej myszy, więc pomyślałam, że jak szaleć to szaleć i wzięłam się do roboty. Muszę szczerze jednak przyznać, że momentami tolerowanie poziomu słodyczy tej kropkowanej myszy, a raczej kosmetyczki w kształcie kropkowanej myszy, staje się trudne do zniesienia, bo co jak co, ale noszenie czegoś takiego w torebce, to jak noszenie trzech małych słodkich szczeniaczków z wielkimi brązowymi oczami na raz - tak, to ten typ słodkich szczeniaczków z kubków i zeszytów, czyli prawie niemożliwy do wytrzymania na dłuższą metę). Piszę więc dzisiaj o rzeczach, których używam na co dzień, które bardzo lubię i z czystym sumieniem polecam. Dzięki blogowi mam wielką przyjemność dostawać dużo rzeczy po prostu w prezencie, kiedy jednak opróżniam te wszystkie 'luksusowe towary' i sama mam sobie coś kupić, z reguły wyszukuję tańsze odpowiedniki dostępne w  Rossmannach, Naturach i innych dziwnie nazywających się drogeriach. Jestem zdania, że zanim wyda się sporo pieniędzy na daną rzecz, warto zorientować się, czy praktycznie identycznego produktu nie można dostać dziesięć razy taniej. Oczywiście, co człowiek, to inne podejście do tych spraw. Sama przyznaję, że raz na jakiś czas, np. Na urodziny (szczerze mówiąc, każda okazja się nada), lubię ogołocić się ze wszystkich pieniędzy  i sprawić sobie prezent w postaci, na przykład, szminki YSL. Jest coś zabawnego w tym dymie małego luksusu wokół tego złotego opakowania, który prawie przeistacza się w opary. Tak, to magia marki. Nie, to raczej wyłączenie mózgu na kilka chwil. Nic już jednak na to poradzić nie umiem.
 
Last summer, when I wrote that huge post about lotions and potions, I told you that beauty for me is a topic that just opens our mouth. I openly admit that I really love beauty products, however weird and psycho it sounds, I just love looking at them. Honestly, I'm not that much into smearing all of the products on my face, I can't really use eyeshadows, I don't care about blush. I just adore looking at all this stuff. And having said that, I think it's high time I told you about my next obsession. Guys, it's really like a level-up of our friendship cause it's quite mental of me (not that my every mania is mental). I'm a Sephora addict. Not in a way, I go to Sephora and I buy ten thousand products and I leave. I don't actually buy anything. I just go there for a walk. I mean,  I just go there and I stand there. And I look at all these products. Everything is so organized, everything smells so nicely. I just feel so secure there. I told you it is mental. And when Holly Golightly would have her breakfast at Tiffany's because she just felt right there, I would totally eat it in Sephora.
 
W ostatnim poście, w którym opisywałam te wszystkie mazidła, czyli w sierpniu zeszłego roku, powiedziałam Wam, że te tematy, to dla mnie tematy-rzeka. Przyznaję otwarcie, że szczerze uwielbiam te wszystkie rzeczy i jakkolwiek dziwnie i psychicznie to zabrzmi, uwielbiam na nie po prostu patrzeć. Szczerze mówiąc, nie pociąga mnie jakoś nakładanie tych wszystkich produktów na twarz, nie umiem się obsłużyć cieniem do oczu, a róże zalegają u mnie w pudełku. Ja po prostu wielbię to wszystko obserwować. Powiedziawszy to, myślę, że to czas, żebym zdradziła Wam moją kolejną obsesję. Kończymy żarty, po tym wyznaniu przejdziemy wszyscy na wyższy poziom przyjaźni, bo to raczej psychiczna sprawa (jakby inne moje manie nie były psychiczne). Jestem uzależniona od sklepu Sephora. Nie uzależniona jednak na zasadzie przyjścia, kupna miliona kosmetyków i pójścia radosnym krokiem do domu. Ja tam prawie niczego nie kupuję. Ja po prostu przychodzę tam na spacer. Przychodzę tam, chodzę, a potem stoję. Stoję i patrzę. Patrzę na te wszystkie produkty. Wszystko jest ustawione w takim porządku, wszystko tak pięknie pachnie. Czuję tam bezpiecznie, jak nigdzie indziej. I tak jak Holly Golightly jadła śniadanie u Tiffany'ego (prawie), tak jak bym zjadła swoje z chęcią w Sephorze.
 
 
OK, since we are extremely close friends after my confession, it's time to present you my favorite products. I'll start with the only thing that I haven't found a cheaper alternative for. It's my tinted moisturizer. Dior Hydra Life Pro Youth Skin Tint in shade #1 - congrats for the longest name ever. I have extremely sensitive skin, it gets reds when it cold, it gets irritated when it hot, it doesn't like awful lot of ingredients and I swear, searching for something that my skin would tolerate was a traumatic experience (I mean it). I tried everything, from drugstore to high end, from foundation to powder and tinted moisturizer and I found this one only working and being super gentle for my skin. Next is a very nice powder (Chanel Les Beiges Healthy Glow Sheer Powder nr 50 - congrats for the longest name ever part 2)  that I got thanks to Chanel company. I use it only on my cheeks as a bronzer, I think it's the product with the biggest lasting power I've had plus, it smells so good. It smells so good I could smell it all day. But I don't, because it would be just...weird. And inappropriate. And that's it for the face. When it comes to eyes, I use two products - brown eyepencil and mascara. I really like Miss Sporty Kohl Kajal in 002 and Maybelline The Falsies Flared mascara. Since I have extremely dry lips, lately I've been using an awful lot of lipbalms. I also have an awful lot of vanilla candles in my room. I just love this smell. So I went to a drugstore one day, I saw Nivea Lip Butter in Vanilla and when I thought that finally my dreams would come true and I would be able to carry a vanilla scent everywhere, I died. I mean, I didn't, but I ended up buying it and loving it. It smells just like my candles (and that makes me super happy) and when it comes to moisturizing, it's far better than Carmex (that makes me super happy as well). And that would be all for my everyday makeup.
 
Jako, że po tym wyznaniu jesteśmy już oficjalnie najlepszymi przyjaciółmi, mogę przejść do meritum postu, czyli przedstawienia Wam wszystkich kosmetyków. Zacznę od rzeczy, której tańszego odpowiednika nie udało mi się znaleźć - krem tonujący, Dior Hydra Life Pro Youth Skin Tint w kolorze #1 (gratulacje dla najdłuższej nazwy, jaką można wymyślić). Mam strasznie wrażliwą skórę, czerwieni się, kiedy jest zimno, czerwieni się, kiedy jest gorąco, nienawidzi praktycznie wszystkich składników w kosmetykach i słowo daję, że pogoń za czymś, co trafiłoby w jej gusta, było traumatycznym przeżyciem. Naprawdę. Próbowałam chyba wszystkiego, od sprawdzenia na sobie całego asortymentu Rossmana, po organizowanie powtarzających się kilka razy w miesiącu pielgrzymek po próbki do Sephory. Znalazłam ten krem, który może nie jest tak "gruby" jak podkład, ale jest bardzo łatwy i przyjemny w użyciu. Następny jest puder, który nakładam tylko na policzki jako bronzer - Chanel Les Beiges Healthy Głów Sheer Power nr 50 (gratulacje dla najdłuższej nazwy vol.2), który dostałam dzięki uprzejmości tej firmy. Nie wiem, co oni tam w składzie zastosowali, nie chcę chyba nawet wiedzieć, ale z ręką na sercu mówię, że od godziny szóstej rano do godziny ósmej wieczorem, nic go z buzi nie ruszy. A pachnie tak, że mogłabym po prostu siedzieć i go wąchać. Nie robię tego jednak, bo byłoby to raczej dziwne i po prostu nieodpowiednie. Do oczu używam dwóch produktów - brązowej kredki Miss Sporty Kohl Kajal w kolorze 002 oraz tuszu Maybelline the Falsies Flared. Jeśli chodzi o usta, to niestety, z racji ich suchości, nabyłam odruch maniakalny w postaci wiecznego smarowania ich toną balsamów. Jestem zdania, że akurat balsamów do ust nigdy dość, tak samo jak nigdy dość świeczek o zapachu wanilii, które ustawiam w moim pokoju, w każdym możliwym miejscu. Moje marzenia o noszenia zapachu wanilii przy sobie, bez noszenia świeczek w torebce, spełniły się w momencie, w którym kupiłam Nivea Lip Butter. Pachnie zupełnie jak moje świeczki, a może nawet lepiej. Działa za to zdecydowanie lepiej niż wszystkie dotychczasowe Carmexy czy Neutrogeny.
 
 
(SIX purse, Accessorize necklace, Rimmel and Essie (30ml) nailpolishes)
 
When it comes to my nails, most of the time I stick to a very neutral nail polish like the one from Rimmel (Rimmel Lycra Pro 444 French Lingerie - these names are killing me, who wants to wear the color of their panties on their nails. It's quite confusing). I also really like Essie nail polish ( Essie 89 Raspberry) that I got from lovely girls from a shop 30 ml. Its color is the prettiest pink plus its name...is the prettiest too :) 

Jeśli chodzi o paznokcie, z reguły trzymam się lakierów w neutralnych kolorach, np. Rimmel Lycra Pro 444 French Lingerie (nawiasem mówiąc, nie wiem, kogo ma zachęcić nazwa koloru zdefiniowana jako kolor majtek, na dodatek francuskich). Bardzo lubię też lakier Essie (Essie 89 Raspberry), które wysłały mi dziewczyny ze sklepu 30ml. Kolor bardzo przypadł mi do gustu, tak samo jak oczywiście nazwa. Bardzo ładna.
 
(Jelly Pong Pong Lip Bush from GlossyBox)
 
A couple of months ago I told you I hated red lipsticks. Well, I haven't changed my mind, because I still don't like them. I don't like the texture of a lipstick and I don't like that you have to think about it all the time. Having said that, I found something that immediately became my holy grail in make up collection. I'll probably rave about it till the end of my life. It's a lip stain that looks like a big crayon. When you put in on your lips, it just looks you've got the prettiest shade of red on them but you can't really see any product texture-wise. It's invisible, it's stays forever, it doesn't dry out your lips. It's literally perfect. I don't really use to school, but sometimes I like to put it on after classes or during the weekends. It actually came to me in a GlossyBox and I couldn't find it in any shops in Poland. It's called Jelly Pong Pong Lip Blush. So when I run out of it, I'll be crying so much. So much. Or I'll order it online.

Kilka miesięcy temu nadawałam na blogu na czerwoną szminkę, rozpaczałam, mówiłam, że jej nienawidzę, że bardzo chciałabym ją nosić, ale wyglądam jak klaun, i tak dalej, i tak dalej. Wciąż jestem raczej wobec niej trochę podejrzliwa. Nie lubię po prostu samej tekstury szminki, tego jak wygląda na usta, tego, że trzeba o niej ciągle myśleć. Przekonałam się natomiast do samego koloru czerwieni (pewnie mogliście to zauważyć już na zdjęciach) i odkryłam coś, co będę wychwalała do końca swoich dni. Kryje się pod nazwą 'lip stain' i wygląda jak wielka kredka, której używa moja siedmioletnia siostra. Kiedy pokryje się nią usta, jedyne, co można zobaczyć, to po prostu piękny kolor, żadnej widocznej tekstury. Nie wysusza ust, nie trzeba sobie też zaprzątać głowy głupotami, czy nadal jest na ustach, bo ma się pewność, że ciągle jest. Jelly Pong Pong Lip Blush przyszło do mnie w GlossyBoxie, z tego, co się już orientowałam, nie jest sprzedawane w żadnym sklepie. Tak więc, kiedy już wszystko zużyję, będę gorzko płakać. Bardzo gorzko. Albo ewentualnie po prostu zrobię zamówienie przez Internet.  
 
So that's all. Let me know in the comments below what are your favourites, cause you know I' m dying to know it (not really dying, but as a beuty freak, I' d love to know it!) /// To wszystko. Dajcie znać w komentarzach, jakie Wy macie ulubione produkty - jako maniak, z radością wszystko przeczytam :)